sobota, 27 listopada 2010

Relacja z VI WPKS we Wrocławiu

W zeszły weekend odbył się zapowiadany już przeze mnie VI Wrocławski Przegląd Kultury Studenckiej. Wrażenia z niego wciąż plątają się po zakamarkach mojej głowy, od dawna nie zdarzyło mi się brać udziału w zdarzeniu równie magicznym. Tym razem chciałbym odejść w relacji od typowego, sprawozdawczego tonu i skupić się na rzeczach, które wzbudziły we mnie najwięcej emocji.

Istotę VI WPKS ująłbym w trzech aspektach: muzyka, ludzie i talent. Warstwa muzyczna to oczywiście nieustające koncerty zespołów z obszaru kultury studenckiej, warstwa ludzka to rzesze gości i wolontariuszy, mające okazje do spotkania się i wspólnego przebywania. Ostatni z aspektów, talent, to próba wniesienia w mały światek poezji i turystyki powiewu nowości. Być może nie zgodzicie się z tym, co napisałem, ale na mój gust to właśnie te trzy filary dźwigały niczym Atlas atmosferę "Wrocławskiego PKS-u".

A było co dźwigać... Przygotowania do imprezy trwały już od października, armia ochotników poświęcała swoje wieczory na wspólne spotkania, zawiązywały się przyjaźnie i znajomości. Akademicka stołówka powoli odzyskiwała swój utracony przez chude lata blask, aby w piątkowy wieczór przywitać setki gości ze wszystkich zakątków kraju. I stało się! Gdy ze sceny popłynęły pierwsze akordy gitar, publiczność nagle znalazła się w odrealnionej krainie, coraz bardziej chłonąc poezję i muzykę. Po kilku chwilach widzowie stanowili już niemal jedność, zarówno ze sobą, jak i łagodnymi rytmami. Tego dnia wystąpili wykonawcy związani z projektem "W górach jest wszystko co kocham". Zaskoczeniem dla mnie był zespół Bez zobowiązań, który zagrał olśniewająco, zarówno od strony technicznej, jak i magicznej :). Nie zawiódł również Słodki Całus od Buby – zgodnie z przewidywaniami porwał widownię mieszanką rocka i liryki. Co najlepsze, festiwalowy piątek nie skończył się wraz z zejściem ze sceny ostatniego artysty. Przywitał nas gościnny klub Dziekanat, w którym na parterze trwała już alternatywna impreza z Krzysztofem Jurkiewiczem i Mariuszem Kamperem. Od tej chwili sen stał się towarem mocno deficytowym...

Ale zabawa zabawą, a obowiązki obowiązkami. W sobotę rano (tak, nazwijmy to roboczo ranem!) trzeba było jakoś wstać i pomóc zaproszonym zespołom w noszeniu sprzętu. Znalazła się nawet chwila na jedyną w ten weekend wycieczkę do domu (bądź co bądź oddalonego o 20 minut autobusem). O godzinie 15:00 nastąpił długo przeze mnie oczekiwany koncert konkursowy, tak jak wspomniałem – jeden z fundamentów Przeglądu. W tym roku zakwalifikowało się do niego aż 25 wykonawców, jury stanęło przed trudnym zadaniem wyłonienia trójki laureatów. Mnie osobiście do gustu przypadły występy Katarzyny Nowak (ciarki latają mi po plecach na samo wspomnienie o tym głosie), Macieja Czerneckiego (za pewność siebie i obsługę gitary), Barda Duo (za twórczość, do której bardzo przyjemnie się wraca), Michała Wojtusika (za warsztat i ucieczkę od wgórowej konwencji piosenki), Jednym Słowem (za piosenki, które pamięta się dłużej, niż 2 minuty po odsłuchaniu), Dlaczego Nie (za stwierdzenie, że wrocławskie akademiki na Wittiga to drugie ZOO ;)) no i oczywiście Myśli Rozczochranych Wiatrem Zapisanych (laureaci I miejsca i Nagrody Publiczności, za znokautowanie konkurencji). Możecie wynieść mnie z bloga na widłach, ale uważam, że najsłabszy występ zaliczyły Pomysły Znalezione w Trawie (które zdobyły ku mojej dezaprobacie drugie miejsce). To tyle w temacie konkursu.

Dalsza część soboty przyniosła nam dwa koncerty. Centralnym punktem pierwszego z nich był niewątpliwie comeback Romana Romańczuka. Jego występ przypominał mi w pewnym sensie zeszłoroczny koncert Leszka Kopcia (oboje zresztą współtworzyli niegdyś wrocławską Muzyczną Cyganerię). Nie zabrakło jednego z przewodnich utworów VI WPKS-u – "Domu, który moją puentą", do słów i muzyki Paula Simona. Było bardzo poetycko i nastrojowo. Niemałego zamieszania na scenie narobiła niedługo później Grupa Caraboo, która na długie tygodnie zakodowała widzom w głowach piosenkę "Dobranoc" (i tu pojawia się pewna niedogodność pisania relacji – wszelkie muzyczne obsesje i opętania przeżywa się podwójnie!). Druga część koncertów upłynęła pod znakiem radosnych rytmów YesKiezSirumem (tym razem mi się nawet podobali!) no i oczywiście występu rodzimego Domu o Zielonych Progach. Kto by pomyślał, że grubo po północy publiczność zacznie szaleć i grzmieć brawami o kolejne bisy. Ostatnia ze scenicznych głupawek Domu sprawiła, że słowo "ulele" stało się jedną z festiwalowych "legend". Na koniec Michał Łangowski i Wojciech Szymański przedstawili repertuar przygotowany w ramach projektu "Ze Starej Szuflady". Dotyczył głównie kołysanek, ale widzowie nie dali się zwieść i wytrzymali dzielnie aż do ostatnich akordów.

Wydawać by się mogło, że brak piątkowego snu wykluczy załogę stołówki ze wspólnego śpiewogrania, ale nic bardziej mylnego. Bez śladu zmęczenia doczekaliśmy pierwszych promieni słońca, którymi przywitał nas reklamowany szumnie Dzień Życzliwości. Jego obchody nam trochę nie wyszły (zainteresowani wiedzą czemu ;)), ale w ramach łagodzenia obyczajów urządziliśmy sobie świąteczne śniadanie (czytaj: zamówiliśmy pizzę). Czas jakoś szybko zleciał, w wolnych chwilach brzdąkaliśmy sobie na zapleczu zapomniane piosenki. Nakryła nas nawet Grażyna Kulawik, w samym środku któregoś z bukowinowych utworów. Popołudniu rozpoczął się ostatni koncert z udziałem silnie znanych zespołów, przeplatany występami konkursowych laureatów. Zagrały Lubelska Federacja Bardów oraz Wolna Grupa Bukowina, w przededniu 40-lecia twórczości. Występ Bukowiny trochę mnie zawiódł, nikt z jej członków nie zdobył się bowiem na odrobinę oryginalności, prezentując repertuar (a nawet konferansjerkę) sprzed dwóch lat. Miłym akcentem niedzieli stało się niewątpliwie podziękowanie wolontariuszy dla organizatorów – Wojtka Szymańskiego i Eli Korybut, złożone ze sceny w postaci piosenki "W górach jest wszystko co kocham". Po zakończeniu koncertów sprzątnęliśmy w trymiga stołówkę i zagospodarowaliśmy sobie ostatnią z festiwalowych nocy.

Nad ranem przyszedł czas na długi sen i powrót do szarej rzeczywistości. Magia ostatniego weekendu wciąż jednak unosi się w powietrzu i nie pozwala skupić się nad codziennością. Jeśli za rok będzie jeszcze ciekawiej, to ja już zaczynam odliczać dni do kolejnego wrocławskiego listopada!

sobota, 6 listopada 2010

Z odsieczą zakurzonej twórczości

W dzisiejszej kulturze studenckiej powszechny jest trend tworzenia wciąż to nowych aranżacji muzycznych. W materiałach wideo z tegorocznej Giełdy Piosenki w Szklarskiej Porębie pojawiają się nawet głosy, że coraz bardziej skomplikowany warsztat instrumentalny przyćmiewa prawdziwe przesłanie kultury turystycznej. Że większości utworów nikt już nie powtórzy przy ognisku, że nawet nie zapamięta ich na drugi dzień. Nieprzypadkowo przy wspólnych spotkaniach wciąż królują piosenki Wolnej Grupy Bukowiny, sięgające ze swym przekazem o wiele głębiej, niż płynąca ze sceny kanonada dźwięków.

Ale przejdźmy do sedna sprawy :-). Jak dotąd mało kto zauważał, że gdzieś tam, pod warstwą wiekowego kurzu, kryją się utwory wciąż czekające na zaistnienie. Utwory zapomniane, często nieznanych autorów, ginące w natłoku obecnego kanonu. Utwory, które odeszły na niezasłużoną emeryturę, i wkrótce przepadną na zawsze. Ich ratowania podjęli się Michał Łangowski (Cisza jak Ta) i Wojciech Szymański (Dom o Zielonych Progach), w ramach projektu "Ze Starej Szuflady". Po raz pierwszy zasłyszałem "Szufladę" rok temu, na wrocławskim WPKS 2009, i muszę przyznać, że byłem pod niemałym wrażeniem. Większość aranżacji można odnaleźć w Internecie. Oto jedna z nich:

Dodam, że jeśli macie jakieś propozycje utworów, które warto ocalić od zapomnienia, możecie zgłosić je na stronie projektu na Facebooku.

niedziela, 31 października 2010

VI Wrocławski Przegląd Kultury Studenckiej

19 listopada 2010 r. do stolicy Dolnego Śląska zawita kolejna, szósta już edycja Wrocławskiego Przeglądu Kultury Studenckiej. W ciągu trzech festiwalowych dni wystąpią najważniejsze zespoły sceny poetyckiej i turystycznej, Wybrzeże Wyspiańskiego jak co roku napełni się maestrią łagodnych dźwięków. Oprócz wyjątkowej oprawy muzycznej na gości czeka jedyna w swoim rodzaju atmosfera, podsycana przez magię samego Wrocławia.

Co wyróżnia Przegląd z grona dziesiątek podobnych imprez? Przede wszystkim WPKS (podobnie, jak wakacyjna Kropka) pisze dopiero swoją tradycję. Pomimo tak młodego wieku gromadzi tłumy wiernych widzów, każdy uczestnik Przeglądu w jakimś sensie tworzy jego formułę i historię. Muzyka, poezja – to wszystko tak naprawdę pretekst do spotkania z ludźmi, do rozmów do świtu przy dźwiękach gitar, do wspólnego słuchania i wspólnej zadumy. W dodatku Wrocław, jako ojczyzna projektu "W górach jest wszystko co kocham", stanowi niepowtarzalne tło dla ambitnej kultury. Brak tu zadufania, kompleksów i wydumanych aspiracji. Być może mój opis jest mocno przesłodzony, ale mam nadzieję, że choć po części oddaje charakter miasta i samej imprezy.

Nie chcę rozpisywać się o programie VI WPKS, w końcu wszelkie potrzebne informacje znajdziecie na oficjalnej stronie www. Warto wspomnieć, że zagra Lubelska Federacja Bardów oraz Wolna Grupa Bukowina (w przeddzień 40. urodzin!).

Linki

czwartek, 26 sierpnia 2010

Ještě stále mi scházíš...

Jaromír Nohavica zawsze powtarza, że wyjątkowo "leży" mu mollowa nuta, że pełne refleksji utwory chwytają za serce równie łatwo, jak palce za struny smutnych akordów. Cała jego twórczość udowadnia, że muzyka może nieść niesamowity ładunek emocji, nie inaczej jest z piosenką "Ještě mi scházíš".

(posłuchaj piosenki w serwisie YouTube)

Istniejące tłumaczenia nie przypadły mi szczególnie do gustu (choć Jerzy Marek w swojej wersji zawarł kilka błyskotliwych wersów), trudno się zresztą dziwić – tekst nie należy do łatwych i trudno oddać jego klimat zachowując przy tym wierność z oryginałem. Przygotowałem swoją wersję, starając się z całych sił nie czerpać inspiracji z dotychczasowych przekładów. Pozostawiłem jedynie tytuł, który już zakorzenił się mocno w głowach polskich fanów Nohavicy.

Jaromír Nohavica, "Wciąż brak mi ciebie"

Jeszcze miewam o tobie sny, w moich myślach ciągle ty
Jeszcze mnie budzą w nocy twe usta, twoje oczy
Jeszcze zdejmuję buty, by nowy dywan w sieni
Czernią się nie zacienił

Wciąż brak mi ciebie, i choć zapomnieć chcę
Że nie przychodzisz, i nie przyjdziesz
Że dzwonek nie zadzwoni, że drzwi się nie otworzą
Że jesteś z innym, dalej gdzieś
Wciąż brak mi ciebie, wciąż jeszcze brak mi ciebie

Jeszcze lustro pokrywa mgła, ślad oddechu, ślad twych warg
A w każdym kącie jak zły sen kulawy skrzat Adalbert
Jeszcze cię piję w kawie, i zjadam z ranną weką
Choć jesteś już daleko

Wciąż brak mi ciebie...

wtorek, 27 lipca 2010

Słowo o Karolu Płudowskim

Podczas tegorocznej Kropki zdarzyło mi się pośpiewać z Karolem Płudowskim, który przysiadł się do mnie i moich znajomych, spłoszony ulewną aurą. Na ganku opuszczonego domu opowiadał o starych czasach piosenki turystycznej. Postanowiłem sobie, że napiszę o nim notkę.

Karol Płudowski jest postacią specyficzną – śmieje się, że ludzie bardziej znają jego twórczość, niż niego samego. Był z piosenką turystyczną od samego początku, właściwie nigdy jej nie opuścił. Wychowany w patriotycznej rodzinie nieugięcie manifestował chęć życia w wolności, do dziś pozostała mu swoista fascynacja związkiem niewoli z utopią. Napisał kilka utworów, które na stałe weszły do studenckiego kanonu. Prym wśród nich wiedzie oczywiście "Taka Piosenka", której tekst ukradziono mu na początku lat 90.

Kilka lat temu Karol Płudowski obronił zarzuconą wcześniej pracę magisterską, w której stara się zdefiniować piosenkę studencką – pojęcie wymykające się próbom jednoznacznego określenia przy pomocy słów. Pracę można poczytać pod tym adresem, jest ona bardzo ciekawym i bogato uźródlowionym opracowaniem problematyki ruchu turystycznego, a w szczególności jego odłamów skupionych wokół Wojciecha Bellona.